
Różne wiary, różne niewiary
JERZY BOKŁAŻEC
„Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi”, wstęp: Leszek Kołakowski, Wydawnictwo WAM, Kraków 2002, s.264.
Dwa
lata temu ojciec Stanisław Obirek, ówczesny redaktor
naczelny jezuickiego kwartalnika „Życie Duchowe”,
napisał list do swojego dobrego znajomego, filozofa Jana
Woleńskiego. Zastrzegając, że wszelkie moralizatorstwo
jest mu obce, pytał adresata o jego stosunek do
Kościoła, o przestrzeganie bezpieczeństwa i wolności,
o uzasadnienie przekonań moralnych. Profesor
obszernie odpowiedział i w ten sposób na łamach „Życia
Duchowego” rozpoczęła się długa, trwająca wiele miesięcy
rozmowa wierzących z niewierzącymi, kontynuowana później
w „Przeglądzie
Powszechnym”
Wszystkie
te głosy – między innymi Wacława Hryniewicza OMI,
Stanisława Lema, Ewy Łętowskiej, Marka Edelmana,
Elżbiety Wolickiej, Ireneusza Krzemińskiego – zebrane w
jednym tomie przez wydawnictwo księży jezuitów stworzyły
niezwykłą, wielobarwną mozaikę światopoglądów,
zapatrywań moralnych, hierarchii wartości, postaw wobec
ludzi inaczej
myślących.
Gdy
przed kilku laty recenzowałem dla „Więzi” rozmowy
Umberta Eco i Carla Marii Martiniego wydane pod tytułem
„W co wierzy, ten kto nie wierzy?”, zwróciłem uwagę na
asymetrię tego pytania. Sugeruje ono bowiem, że wiara to
rzecz oczywista i osoby religijne nie muszą się z niej
tłumaczyć, natomiast wyjaśnień należałoby oczekiwać od
niewierzących. I oto pytanie powraca, tym razem jako
punkt wyjścia do dyskusji zainicjowanej przez ojca
Stanisława Obirka, i znów zmusza do namysłu nad
paradoksem, jaki w sobie zawiera. A odpowiedzi padają
rozmaite.
Stanisław
Lem, powołując się na słownikową definicję, wyjaśnia, że
„wierzyć”, to tyle samo, co „wyznawać jakąś religię”,
tak więc pytanie jest wewnętrznie sprzeczne i nie
wymaga odpowiedzi, Jego zdaniem, człowiek cały wierzy
sobą albo nie wierzy. Ja nie wierzę – dodaje
Lem.
Jan Woleński
rozumie niechęć pisarza do roztrząsania tej kwestii, bo
teiści często traktują agnostycyzm jako rodzaj
ukrytej religii. W ten sposób dają się zwieść
dwuznaczności słowa „wiara”, które oznacza albo wiarę
religijną, albo przekonania o pewnym, ale niecałkowitym
stopniu potwierdzenia. Woleński uważa, że jeśli
chcemy uniknąć nieporozumień, to pytamy raczej o
zaufanie, a nie o wiarę. Wyznaje, że sam ufa bliźnim
oraz regularnościom natury. Teolog Dariusz Kowalczyk SJ,
którego polemika z profesorem Woleńskim stanowi oś całej
debaty, zarzuca w tym miejscu swemu adwersarzowi
nieracjonalność. Zdaniem ojca Kowalczyka, gdyby nie Bóg,
nie byłoby racjonalnych podstaw, aby ufać ludziom.
Krakowski filozof nie godzi się z tą oceną, bo nadaje
ona nowy sens przymiotnikowi „racjonalny”. Zwraca uwagę,
że wedle o. Kowalczyka w końcu dotykamy
człowieka jako „niepowtarzalnej tajemnicy”, a to na ogół
nie uchodzi za wzór
racjonalności.
Tak
w ogólnym zarysie przebiega filozoficzno-teologiczna
część dyskusji. Jej drugi ważny wątek to rozmowa o
Kościele. Znów najgoręcej jest na linii
Woleński-Kowalczyk. Filozof wyjaśnia, że nie może myśleć
o Kościele w kategoriach transcendentnych, ponieważ
musiałby stać się człowiekiem wierzącym, aby taką
perspektywę przyjąć, i dlatego traktuje Kościół jako
instytucję od początku do końca doczesną. Nie znaczy
to jednak odpowiada teolog – że (...) podejmując
rozmowę o kościele [agnostyk] nie powinien
próbować zrozumieć (na ile to możliwe) tego, co ten
Kościół mówi sam o sobie. Woleński tłumaczy, że jego
naturalistyczne stanowisko nie wyklucza przyjmowania
do wiadomości samooceny Kościoła, ale też nie
zobowiązuje do traktowania jej jako prawdy
niewzruszonej. Zasada „Święty Kościół grzesznych
ludzi” jest więc dla niego nie do przyjęcia, bo
niemożliwe jest rozróżnienie między Kościołem „nie z
tego świata” a ludźmi doń
należącymi.
Brak
tego rozróżnienia jest, zdaniem ojca Kowalczyka,
niedopuszczalnym błędem, ale okazuje się, że większość
wierzących uczestników dyskusji nie podziela tej opinii.
Kościół jest dostępny każdemu, także szkiełku i oku
sceptyka – pisze Krzysztof Mądel SJ. Ksiądz Wacław
Hryniewicz nie tylko przyznaje niewierzącym prawo do
krytyki Kościoła bez odniesienia do wymiaru
transcendentnego, ale sam taką krytykę uprawia,
posuwając się w niej dalej niż niejeden ateista.
(...) Kościół może zaciemniać prawdę wskutek własnej
winy lub ignoracji (...). Wiele kościelnych postaw
zdradza brak szacunku dla człowieka, bezwzględność i
bezduszność. (...) Jakże często Magisterium Kościoła
broniło się przed przyjęciem pewnych prawd o świecie w
sposób graniczący z absurdem – to tylko niektóre
opinie KUL-owskiego
ekumenisty.
Jeśli
do tej pory wyobrażaliśmy sobie strony dialogu jako dwa
obozy, z których każdy jest jednolitą formacją
intelektualną i światopoglądową, to lektura książki
wydanej przez WAM pozwoli nam otrząsnąć się z tego
złudzenia. Co chwila przekonujemy się, że w ważnych
kwestiach filozoficznych i moralnych, a nawet
politycznych i obyczajowych podziały często biegną w
poprzek dwóch grup, zwanych wierzącymi i niewierzącymi.
Dostrzega to ojciec Stanisław Obirek, kiedy pisze do
Stanisława Lema, że odczuwa z nim większe powinowactwo
niż z wieloma kombatantami katolickimi. Okazuje
się więc, że są rozmaite wiary i niewiary, że mają różne
barwy i odcienie, że wygodny i łatwy schemat „my – oni”,
jakże często obecny w naszym życiu publicznym, jest
daleki od
prawdy.
Wydaje
się więc, że myślenie o dialogu w liczbie pojedynczej
jest pewnym uproszczeniem, sięganiem po szablon, próbą
wtłoczenia skomplikowanej rzeczywistości w prostą formę;
toczy się bowiem wiele rozmów, tak różnych, jak różne są
osoby, które się w nie angażują. Z drugiej strony,
wszystkie te dialogicznie spotkania mają co najmniej
jeden wspólny mianownik: opozycję wiary i niewiary.
Elżbieta Wolicka zwraca uwagę, że jest to opozycja nie
do przezwyciężenia na neutralnym gruncie, gdyż
musielibyśmy wznieść się na poziom jakiejś metateorii
nadającej się do przyjęcia przez obie strony (...), a
taką perspektywą nie
dysponujemy.
O
czym więc mamy rozmawiać, skoro z góry wiadomo, że w
podstawowej dzielącej nas kwestii nie możemy dojść do
porozumienia, które polegałoby na uznaniu racji strony
przeciwnej? Zdaniem Elżbiety Wolickiej, tematów jest
wiele i nawet jeśli minimalistycznie założymy, że chodzi
jedynie o ustalenie wspólnej płaszczyzny dyskusji, która
pozwoliłaby nam „pięknie się różnić”, to warto dążyć do
realizacji tego
celu.
Z przebiegu
debaty zainicjowanej przez o. Stanisława Obirka wynika,
że jest kilka przeszkód na tej drodze. Podstawowa
trudność to niedająca się usunąć asymetria stron
dialogu: osoba wierząca zazwyczaj należy do wspólnoty
religijnej, z którą się w jakiś sposób utożsamia. Kiedy
krytykowany jest Kościół, katolik czuje się w obowiązku
odpowiedzieć na tę krytykę. Tymczasem laik jest osobny,
jak pisze Ewa Łętowska. Nie funkcjonuje żaden „kościół”
ateistów, który reprezentowałby doktrynę wspólną dla
wszystkich osób niereligijnych, żadna organizacja, za
którą ateista mógłby czuć się współodpowiedzialny tylko
dlatego, że jest ateistą. Niewierzący zawsze
reprezentuje sam siebie, podczas gdy katolik nie tylko
nie może odciąć się od teraźniejszości i tradycji swego
Kościoła, ale powinien wręcz głosić pewien wspólny dla
katolików korpus
idei.
A skoro
tak, to rodzi się kolejny problem: pokusa prozelityzmu.
Rozpowszechnianie własnych poglądów i kształtowanie
postaw innych ludzi nie jest niczym zdrożnym i mieści
się w obszarze wolności, jaki zapewnia nam nowoczesna
demokracja, natomiast nie ma ono nic wspólnego z
dialogiem. Ten, kto nawraca innych, zwykle z góry
zakłada, że jego własne przekonania pozostaną
niewzruszone, a tym samym wyklucza partnerstwo i
wzajemność. Tymczasem bez tej wzajemności nie ma
dialogu: w rozmowie przekazuję moje myśli i jednocześnie
poznaję poglądy mego partnera. Być może go przekonam,
ale dopuszczam możliwość, że z jego ust padną argumenty,
które każą mi zmienić mój punkt widzenia. Może wzajemnie
zmodyfikujemy własne postawy, a może rozejdziemy się bez
żadnych
uzgodnień.
Chyba
właśnie w ten sposób rozumie dialog Stanisław Obirek,
kiedy pisze: podzielając radość innych chrześcijan z
daru wiary, nie czuję wewnętrznego przymusu, by
obdarować nim innych, zwłaszcza tych, którzy deklarują
zupełny brak zainteresowania tymże darem (...).
Natomiast Dariusza Kowalczyka nie przekonują
„super-tolerancyjne” zapewnienia osób wierzących, że w
dyskusji z niewierzącymi absolutnie nie chodzi im o
nawracanie kogokolwiek, a jedynie o wspólne zadumanie
się nad ludzką kondycją. Jak widać, wspólnota
religii i przynależność do jednego Kościoła nie
wykluczają daleko idących różnic w pojmowaniu relacji
między wiarą a niewiarą, ale to temat na inny dialog –
wierzących z
wierzącymi.
Jeśli
zaś chodzi o główny punkt naszych rozważań, to wydany
przez księży jezuitów zapis debaty przekonuje, że możemy
ciekawie i z pożytkiem rozmawiać z ludźmi, którzy się z
nami nie zgadzają w sprawach dla nas bardzo ważnych.
Konfrontacja idei nie jest bowiem złem, którego należy
się wystrzegać. Przeciwnie – jak zauważa we wstępie
Leszek Kołakowski – kultura, by żyć, zawsze
potrzebuje skłócenia przeciwstawnych racji. Ważne
jest natomiast, aby spór nie toczył się w atmosferze
wzajemnej wrogości, nie był awanturą i stwarzał
przestrzeń do namysłu i refleksji. Nigdy dość pracy nad
kulturą dyskusji, nigdy dość precyzowania własnych
poglądów i rozwijania w sobie umiejętności słuchania
argumentów drugiej strony. W tym wszystkim na pewno
warto się ćwiczyć. W jaki sposób? To proste – rozmawiać,
rozmawiać, rozmawiać...
Od autora: Jeśli zainteresował Cię mój artykuł i chcesz ze mną na ten temat porozmawiać – zapraszam na stronę ateista.blog.pl, gdzie prowadzę mój dziennik internetowy. Będzie mi również bardzo miło, gdy zajrzysz na moją stronę jazzową.