![]() |
| Intro | Artykuły | ORP Błyskawica | Ekspozycje | Modele | Literatura | Galerie | Quiz | Linki | Forum |
Geneza powstania. Po odzyskaniu przez Polskę w 1920 roku dostępu do morza, stało się jasne, że powstająca od zera Polska Marynarka Wojenna nie będzie w stanie szybko dognić silniejszych flot sąsiadów. Zapewnienie minimalnej ochrony wybrzeża upatrywano więc między innymi w rozwoju broni defensywnych takich jak artyleria nadbrzeżna, czy zagrody minowe, o wiele tańszych niż budowa okrętów. Pierwszymi polskimi okrętami minowymi był cztery poniemieckie trałowce typu FM, zakupione w Danii w 1921 roku. Po długim okresie ich użytkowania, wyeksploatowane okręty wycofano ze służby w 1931 roku, a rok później podjęto decyzję o budowie nowych trałowców. Sześć nowych jednostek zaprojektowanych przez Biuro Projektów Kierownictwa
Marynarki Wojennej, zostało wybudowanych w kraju. Okręty te, zwane minowcami,
mimo że były udane, to nie mogły jednak postawić dużej zagrody minowej
(każdy z okrętów mógł zabrać na pokład 20 min). Dlatego też w mniej więcej
tym samym czasie postanowiono o budowie dużego i nowoczesnego stawiacza
min, który współpracując z dywizjonem minowców mógłby szybko i sprawnie
przeprowadzić akcję blokady polskiego wybrzeża. Nowy okręt, podobnie jak trałowce, został wstępnie zaprojektowany przez
Biuro Projektów KMW. Podstawowym celem konstruktorów (w tym m.in. kmdr
por. Karola Korytowskiego szefa sztabu KMW) było uzyskanie jednostki,
która byłaby zdolna postawić zaporę minową z około 300 min. Drugim zadaniem
okrętu była możliwość pełnienia funkcji szkolnych. Taka specyfikacja
wymagały wybudowania dużej jednostki o wyporność większej od wyporności
nowo budowanych niszczycieli klasy "Grom". Stawiacz min byłby
największym okrętem bojowym w PMW, co dowództwo marynarki postanowiło
wykorzystać stawiając jeszcze jedno zadanie - okręt reprezentacyjny.
Zaowocowało to silnym uzbrojeniem artyleryjskim (w planach było jeszcze
zainstalowanie wodnosamolotu Nikol A-6 z katapultą, ale ze względy na
przeciążenie okrętu zrezygnowano z tego pomysłu).
Jako okręt szkolny ORP Gryf był jednak jednostką ze wszechmiar udaną. Jak pisał komandor Stanisław Mieszkowski: "Gryf" miał co roku płynąć na dalekie, wielomiesięczne podróże oceaniczne z drugim rocznikiem Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej. Uczniowie posiadali na okręcie własny obszerny, drugi pomost nawigacyjny z kompletnym, najnowszym i całkowicie zelektryfikowanym wyposażeniem nawigacyjnym, z logami, sondami, wykreślaczem kursu i repetytorami; na pomoście tym podchorążowie prowadzili całkowicie samodzielną i niezależną od właściwego prowadzenia okrętu nawigację szkolną. Z obszernych dwu międzypokładów można było na czas podróży zdejmować z łatwością poczwórne tory minowe i w ten sposób uzyskiwało się dwa przestronne i luksusowe pomieszczenia dla przeszło 100 osób. Dodatkową zaletą podnoszącą walory szkolne okrętu był ogromny zasięg - przy prędkości 10 węzłów wynosił on 9500 mil morskich. Umożliwiało to odbywanie długich oceanicznych podróży. Reasumując można powiedzieć, że "Gryf" z powodzeniem pełniłby
rolę okrętu szkolnego, niestety do rozpoczęcia wojny ani jeden rocznik
Szkoły Podchorążych nie zdołał odbyć choćby jednej zamorskiej podróży
na pokładzie okrętu.
Do pełnienia funkcji bojowych, a więc pierwszoplanowych, "Gryf" już
nie był tak dobrze przystosowany. Wydaje się, że jak na okręt minowy
posiadał zbyt duże uzbrojenie artyleryjskie (6x120mm). Obronę przeciwlotniczą
stanowiło 4 działa kalibru 40mm i 4 n.k.m-y 13,2mm. Okręt charakteryzował
się fatalnymi własnościami sterowymi. Wysoka wolna burta była podatna
na podmuchy wiatru, kadłub (w porównaniu z niszczycielami) był mało smukły,
co przy wyporności 2250 ton, zaowocowało duża cyrkulacją skrętu. Jednak
największa wadą "Gryfa" była jego prędkość wynosząca
zaledwie 20 węzłów. Ze względu na obszerne pomieszczenia nawigacyjne
i załogowe oraz ciężką artylerie, nie starczyło już miejsca na rozbudowane
urządzenia napędowe. Aby zaoszczędzić na miejscu i ciężarze postanowiono
wyposażyć okręt w dwa spalinowe wysokoprężne silniki szwajcarskiej firmy
Sulzer o łącznej mocy 6000KM (dla porównania można dodać, że niszczyciele
klasy "Grom" posiadały maszyny o mocy 54000KM). Niewątpliwie
takie silniki zajmowały mniej miejsca od napędu turbinowego, a i pozwoliły
na uzyskanie imponującego zasięgu, ale pod koniec lat 30-tych maksymalna
prędkość okrętu wojennego wynosząca 21 węzłów, była niedorzecznością. Służba w okresie przed wojennym. ORP "Gryf" wypłynął w swój pierwszy rejs - do kraju
- pod dowództwem kmdr ppor. Stanisława Dzienisiewicza. Podczas
podróży okręt trafił na
silny sztorm na Morzu Północnym, podczas którego nieobciążony okręt dostawał
mocnych przechyłów. Po drodze pobrano również amunicję do dział w Goeteborgu.
6 marca 1938 roku około godziny 8.30 okręt pojawił się na redzie portu
w Gdyni. Dizałalność bojowa podczas wojny polsko-miemieckiej na Bałtyku. Wybuch wojny zastał okręt w porcie wojennym na Oksywiu w basenie nr.2.
Dowódca przewidując operacje minowe, postanowił uzupełnić ładunek min.
Godne uwagi, że w celu oszczędzeniu na czasie kmdr Kwiatkowski, wykorzystując
sprzyjające warunki (wiatr od strony lądu), wyszedł z portu bez pomocy,
normalnie używanych, holowników. O godzinie 17.30 polskie okręty utworzyły zespół i ruszył w kierunku
półwyspu. Na czele szyku płynął niszczyciel "Wicher" dowodzony
przez komandora Stefana de Waldena, z jego prawej burty zajął miejsce
trałowiec Jaskółka. W śladzie torowy Wichra płynął "Gryf" otoczony
pozostałymi trałowcami. Na końcu zespołu ulokowały się kanonierki "Generał
Haller" i "Komendant Piłsudski". Już kwadrans później
niemiecki zwiad lotniczy odkrył zgrupowanie polskich okrętów, a niedługo
potem, w odległości około 3 mil morskich od Helu, zespół został zaatakowany
przez formację około 33 bombowców Ju-87B. Samoloty, w celu zwiększenia
skuteczności atakowały z dwóch stron i za główny cel obrały sobie największy
okręt w zespole - "Gryfa". Podczas tej pierwszej w historii
II wojny światowej bitwie powietrzno-morskiej (trwającej kilkanaście
minut) okazało się, że załogi polskich okrętów są dobrze wyszkolone i
z powodzeniem mogą odpierać ataki silniejszego przeciwnika - niemieckie
samoloty nie uzyskały żadnego bezpośredniego trafienia. Niestety nie
udało się uniknąć strat. Jedna z 500 kilogramowych bomb wybuchła przy
burcie trałowca Mewa, okręt został ciężko uszkodzony, a załoga poniosła
duże straty osobowe. Również "Gryf" nie wyszedł cało z ataku.
W pobliżu upadło około 30 bomb, odłamki jednej śmiertelnie raniły dowódcę
okrętu kmd ppor. Stefana Kwiatkowskiego oraz kilku członków załogi. Najgroźniejsza
detonacja pod rufą okrętu uszkodziła ster elektryczny, telegrafy maszynowe,
podnośniki minowe, żyrokompas, radiostacje. "Gryf" praktycznie
został pozbawiony możliwości sterowania (sterowano ręcznie). Na szczęście
dla okrętu nalot wkrótce się zakończył. Dowództwo okrętu przejął zastępca
kmdr Kwiatkowskiego kapitan Wiktor Łomidze, który nakazał wyrzucenie
wszystkich min, w stanie nieuzbrojonym, za burtę. Z perspektywy czasu
można powiedzieć, że była to decyzja pochopna i niepotrzebna (niektórzy
autorzy zarzucają nawet kpt. Łomidze tchórzostwo), ale zastępca kapitana
nie mógł wiedzieć, że kolejny nalot już nie nastąpi. Gdyby nastąpił,
niesterowny lub wydokowany "Gryf" stanowiłby dla pilotów niemieckich
łatwy cel. Poza tym należy przypuszczać, że od bliskich detonacji bomb,
czułe urządzenia nastawcze min i tak prawdopodobnie zastały rozregulowane.
Po zmroku "Gryf" zawinął do portu wojennego na Helu. W celu
dokonania niezbędnych napraw zastał wprowadzony do pływającego doku.
Operacja "Rurka" została odwołana (w ogólnym chaosie nie
powiadomiono o tym "Wichra", który aż do północy osłaniał
zaplanowaną operację). W nocy na nowego dowódcę "Gryfa" wyznaczono
kmdr por. Stanisława Hryniewieckiego. Nad ranem do portu zawinął "Wicher",
który otrzymał rozkaz wygaszenia kotłów i wyokrętowania broni torpedowej
i bomb głębinowych.Mimo, że naprawa "Gryfa" dobiegła
końca i jego spotkał ten sam los, oba okręty miał odtąd stanowić nieruchme
baterie artyleryjskie (w celu lepszej ochrony stawiacz min zacumował
w pobliżu zatopionego
doku). Na taką decyzję dowództwa niewątpliwie wpłynął fakt absolutnego
panowania wroga w powietrzu jak i brak zadań dla dużych okrętów nawodnych.
Słabo uzbrojone w artylerię przeciwlotniczą okręty nie mogły skutecznie
odpierać ataków niemieckich samolotów, a w helskim porcie dodatkową osłonę
stanowiły zainstalowane tam baterie pelot. Przez cały dzień 2 września i noc z 2 na 3 artylerzyści z "Gryfa" odpierali
ataki niemieckiego lotnictwa. Po intensywnych bombardowaniach Helu w dniach poprzednich, dowództwo
niemieckie postanowiło sprawdzić ich skuteczność. Głównie chodziło tu
o zweryfikowanie informacji o uszkodzeniu lub zniszczeniu dział artylerii
nadbrzeżnej. Dowódca sił morskich na Zatokę Gdańską kontradmirał Günther
Lütjens, postanowił osobiście przeprowadzić rozpoznanie. Nad ranem 3
września z Piławy wyszły dwa niszczyciele: flagowy "Leberecht Maass" oraz "Wolfgang
Zeneker" i obrały kurs na Gdańsk wzdłuż Mierzei Wiślanej. O godzinie
6.50 niemieckie okręty zostały dostrzeżone przez sygnalistów "Wichra" i "Gryfa".
W chwilę później niemiecki zespół wykonał zwrot i obrał kurs na Hel.
Stało się jasne, że musi dojść do walki. Siły oby stron były mniej więcej
wyrównane - Niemcy dysponowali łącznie 10 działami kalibru 127mm, a Polacy
6 działami 120mm z "Gryfa" oraz 4 działami 130mm z "Wichra".
Dodatkowym atutem okrętów niemieckich była możliwość manewru. Gdy dystans
zmniejszył się do około 17000 metrów nieprzyjacielskie niszczyciele otworzyły
ogień, na który odpowiedziały działa "Gryfa". Dowódca "Wichra" kmdr
ppor. Stefan de Walden czekał na podział celów, który wynikał ze starszeństwa
- dowódca "Gryfa" jako starszy stopniem wybierał, do którego
w szyku okrętu będzie strzelał. Niestety w tym momencie na pokładzie
stawiacza min podobno nie było kmdr Hryniewieckiego - wraz z większością
oficerów spędzał noc na lądzie w pobliskim lesie. Najstarszym oficerem
na pokładzie był kpt. mar. Adam Jagielski, zaś artylerią główna dowodził
ppor. mar. Zbigniew Jagusiewicz (kmdr de Walden utrzymuje, że po walce
rozmawiał z Hryniewieckim i ten powiedział mu, że był na okręcie i wydał
rozkaz podziału celów, ale nie wie dlaczego nie został on przekazany
dalej). Okręty polskie oddały jeszcze kilka salw na namiar wystających z zasłony
dymnej masztów, poczym przerwały ogień.
Zapewne w wyniku porannego starcia, niemieckie dowództwo postanowiło
zintensyfikować bombardowania półwyspu helskiego, a w szczególności polskich
okrętów wojennych. Już około godziny 9.00 nastąpił pierwszy nalot, przeprowadzony
przez 11 samolotów Ju 87B dowodzonych przez kpt. Blattnera. Samoloty
te należały do 186 Trägergruppe, która została sformowana w październiku
1938 roku, miała być zaokrętowana na budowanym lotniskowcu "Graf
Zeppelin". Niemieccy piloci skoncentrowali swoje ataki na "Gryfie".
Mimo, że nalot został przeprowadzony z dużej wysokości, to jedna z maszyn
dowodzona przez oberleutnanta Karla H. Liona, zdołała trafić w rufę "Gryfa" jedną
bombą. Kolejne trzy bomby, wybuchając na nadbrzeżu, podziurawiły odłamkami
burtę okrętu, a podmuch eksplozji zerwał Drugi nalot nastąpił około godziny 15.00, przeprowadziła go również formacja kapitana Blattnera. Tym razem dysponował on 12 bombowcami (wykorzystano dwie maszyny rezerwowe). Niemieccy piloci znając rozmieszczenie polskich okrętów, opracowali następujący plan: część samolotów symulowała ataki z dużej wysokości, absorbując uwagą artylerzystów, a inne nadlatując lotem koszącym z nad półwyspu atakowały znienacka okręty. Już pierwsza eskadra dowodzona przez oberleutnata Liona uzyskała jedno trafienie w dziób "Wichra". Druga bomba wybuchając przy burcie okrętu rozerwała jej poszycie. Trzecia bomba eksplodując na śródokręciu "Wichra" przypieczętowała jego los- niszczyciel powoli kładąc się na burtę zatonął.
Podczas tego nalotu, również "Gryf" został trafiony jedną
bombą w śródokręcie. Eksplozja wywołała pożar amunicji przeciwlotniczej.
Od bliskich wybuchów bomb uszkodzeniu uległy działa przeciwlotnicze kalibru
40mm. Niemcy znowu stracili jeden samolot - z eskadry atakującej "Wichra",
maszyna oberleutnata Rummela, została zestrzelona przez artylerię przeciwlotniczą
na Kępie Oksywskiej. Podczas kolejnych dwóch nalotów o 16.00 i 17.25,
przeprowadzonych przez wodnosamoloty lotnictwa przybrzeżnego, "Gryf" został
trafiony kolejną, bombą która wywołała pożar ropy wyciekającej z podziurawionych
odłamkami zbiorników. Jedna z bomb trafiła w dok pływający stojący obok
stawiacza min. Odrywająca się ściana boczna dodatkowo uszkodziła burtę "Gryfa".
Większą część okrętu objął pożar, którego
nie udało się opanować. Po zatopieniu okrętu, por. mar. Edmund Pappelbaum, wystąpił z inicjatywą
zdemontowania części uzbrojenia w celu wzmocnienia obronności półwyspu
Helskiego. Wstępnie opracowany plan przewidywał demontaż nadających się
do użytku dział przeciwlotniczych oraz rufowych dział artylerii głównej,
które zostałyby włączone w skład Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej (DAN).
Po akceptacji dowódcy DAN-u kmdr por. S.Kukiełki oraz zgodzie dowódcy
rejony umocnionego, przystąpiono do działania. Po wygaśnięciu pożarów, 5 września, zespół marynarzy i podoficerów,
kierowanych przez porucznika Pappelbauma i chorążego Franciszka Jendrasika
przystąpił do wymontowywania dział. O ile broń przeciwlotnicza nie stwarzała
dużych problemów to zdjęcie z okrętu dwóch ciężkich wież artylerii głównej
było dużym wyzwaniem. Port wojenny na Helu był bardzo słabo wyposażony
w urządzenia pomocnicze, takie jak żurawie, windy, lewary, łańcuchy,
w związku z tym większość prac musiała być wykonywana ręcznie. Z początku
demontaż szedł bardzo opieszale - już samo odkręcenie zatopionych śrub
fundamentowych przedstawiało ogromną trudność. Gdy dostarczono jeden
skafander do nurkowania, prace nabrały tempa. 17 września po przetransportowaniu kolejką drugiej wieży w pobliże stanowiska
wybudowanego na szczycie piaszczystej wydmy, rozpoczęło się mozolne wciąganie
obu wież za pomocą specjalnie skonstruowanych sań. Była to niezmiernie
trudna praca wykonywana w całości ręcznie i do tego tylko w nocy (ze
względu na niebezpieczeństwo przedwczesnego wykrycia przez samoloty wroga). Losy powojenne.
Pozostałe szczątki stawiacza min leżą do dziś (istnieje możliwość nurkowania
za pośrednictwem klubu płetwonurków Explorer, ale na dnie leżą już jedynie
małe fragmenty nie mające wiele wspólnego z pojęciem - wrak okrętu).
Charakterystyka stawiacza min ORP "Gryf":
|
| <<< Poprzedni | Artykuły | Nastepny >>> |