APELE I AKCJE PRO-KRÓLICZE
Bywa, że w wyniku nieodpowiedzialnego zachowania ludzi cierpią zwierzęta. Stwarzane są
sytuacje, których mogłoby nie być, gdyby tylko człowiek nieco częściej używał rozumu i nie traktował zwierząt
przedmiotowo. Często sprawcami zwierzęcych nieszczęść są ludzie nieświadomi swoich poczynań, dlatego bardzo ważne
jest aby głośno mówić o nieprawidłowościach w postępowaniu ze zwierzętami. Nieśmiało liczę na to, że apele, takie
jak te poniżej, trafią choćby do niektórych i spowodują przynajmniej głębsze zastanowienie.
Zwierze nie jest rzeczą!
Wraz ze zbliżającymi się Świętami Bożego Narodzenia, okazjami takimi jak Walentynki czy
urodziny bliskich, zbliża się również czas prezentów. W tym okresie w polskich domach, bardzo często w prezencie
pojawiają się nowe zwierzęta. Taka forma obarczania bliskich króliczkiem, pieskiem, kotkiem lub papużką jest
najgorszym rozwiązaniem jakie można wybrać. Żadne zwierzę, pod żadnym pozorem nie może być traktowane jako prezent
niespodzianka - rzecz. Powszechnie wiadomo jak kłopotliwe potrafią być niechciane podarunki, a co dopiero mówić
gdy są one żywymi stworzeniami, które wymagają poświęcania uwagi, czasu, pracy i pieniędzy? Królika np. trzeba
karmić, pielęgnować, bawić się z nim, chodzić regularnie do weterynarza by zapobiegać chorobom i by prawidłowo się
rozwijał, czasem trzeba go też leczyć oraz wypełniać jeszcze wiele innych obowiązków, bądź ponosić kolejne koszty.
Wszystko jest w porządku gdy sami odpowiedzialnie podjęliśmy decyzję zdając sobie z tego sprawę, gorzej jeśli
obarczono nas takim kłopotem. Zwierzęta bardzo często trafiają do ludzi "pod choinkę", z okazji imienin, urodzin,
zawiązania się nowego związku uczuciowego, rocznicy, pokonania jakiejś bariery w nauce, itp. Takie podarunki,
często niechciane, prędzej czy później zasilają pobliskie schroniska lub ulice. Niestety większość z nich tego
nie przeżywa bądź wegetuje w "obozach koncentracyjnych dla zwierząt", bo żaden sierociniec, nawet najlepszy, nie
zastąpi prawdziwego domu, prawdziwej rodziny. Jeśli zwyczaj obdarowywania zwierzętami lub nabywania ich "bo taki
milutki" albo "dla dziecka" - do zabawy i towarzystwa, bez świadomości, że to dorośli biorą na siebie za nie
odpowiedzialność nie zaniknie, to nadal do schronisk co roku będą trafiały dziesiątki tysięcy niechcianych
zwierzątek, które się znudziły, bo nikt nie miał chęci ani czasu, żeby się nimi zajmować, albo zostaną wyrzucone
tylko dlatego, że nasiusiały czy nabroiły.
Starajcie sie przekonac znajomych że prezent niespodzianka ze zwierzęcia to nie najlepszy pomysł.
Nie róbcie prezentów ze zwierząt - tyle pluszaków niewymagających troski można nabyć w zamian!
Nie kupujcie zwierząt pod choinkę, na walentynki, na urodziny, jeśli nie jest to uzgodnione z osobą obdarowywaną!
Świąteczną akcję opartą na takim apelu prowadziło w grudniu 2004 r. Stowarzyszenie Pomocy
Królikom wspólnie ze Stowarzyszeniem Empatia (www.empatia.pl)
skocz do góry
Apel Rumburaka
Jedna historia widziana z dwóch poziomów - oczami próbujących ratować króliczka ludzi i
oczami cierpiącego zwierzęcia. Apel zawarty w historii skierowany jest zarówno
do hodowców zwierząt, aby nie odłączali młodych zbyt wcześnie od ich matek
do srzedawców w sklepach zoologicznych, aby nie skupowali królicząt młodszych niż 8-mio tygodniowe
jak również do przyszłych opiekunów królików, aby nie kupowali najmniejszych zwierząt
To taki niewielki gest, a tak wiele znaczy dla tych maleństw.
Rumburakowi poświęcona jest strona - apel:

poniżej udostępnione są za zgodą autorów dwa teksty z niej pochodzące:
Historia najprawdziwsza Śp. Rumburaczka
Po wczorajszym, okropnym wydarzeniu, jakim była śmierć malutkiego, białego króliczka,
postanowiliśmy razem z Tomkiem pójść do sklepu porozmawiać z ekspedientkami oraz właścicielem małego zoo. Przed
wejściem zerknęliśmy na króliczki znajdujące się za szybą sklepu. Boże! Następny maluch chory! Jedno spojrzenie po
sobie i zdecydowaliśmy - kupujemy maluszka. Podeszliśmy do lady i zaczęliśmy rozmawiać ze sprzedawczynią o nocnym
zdarzeniu. Zwróciliśmy także jej uwagę na szarego króliczka z oklejonym pyszczkiem. Pani zbagatelizowała nasze
uwagi, powiedziała, że pyszczek mokry od wody. Tomek jednak nie ustąpił. Chciał kupić zwierzątko. Po chwili pani
stwierdziła, że rzeczywiście króliś jest chory i oprócz wydzieliny z noska ma jeszcze biegunkę i..., że go nie
sprzeda. Obiecała, że następnego dnia zasięgnie porady znajomego weta. Tłumaczyliśmy kobiecie, że do jutra maluch
może nie przeżyć, ta jednak nie chciała ustąpić. Tomek zaproponował wysoką cenę za uszatka i pani zaczęła się wahać.
W końcu oddała zwierzątko za darmo w zamian za opiekę i wyleczenie.
Wzięliśmy szaraczka i od razu pojechaliśmy do naszego weterynarza. Pan Andrzej załamał się
stanem maluszka. Nie dawał szans przeżycia. Jednak po naszych namowach spróbował leczenia. Dał kilka zastrzyków
wzmacniających, antybiotyk i nakazał czekać. Mówił, że króliczek jest zbyt młody, by przeżyć, by walczyć z chorobą.
My jednak nalegaliśmy.
W domu wsadziliśmy króliczka do pudełeczka po butach (taki był malutki), był niemrawy, nie
jadł, nie pił. Włożyłam do pudełka wielki słoik z gorącą wodą i przykryłam całość ręcznikiem, by maluszkowi było
ciepło. Na następny dzień, o dziwo, króliś poczuł się lepiej, nawet zaczął skubać sianko. Cieszyliśmy się jak
dzieci. Zaczęła pojawiać się iskierka nadziei, że może przeżyje. Stan malucha poprawiał się z godziny na godzinę.
Po trzech dniach nawet zaczął powoli kicać, no po prostu cud. Ciągle nosiliśmy go na rękach, mówiliśmy do niego,
maluch rozumiał mimo swych czterech tygodni. Jak tylko usłyszał nasze głosy, kręcił główką, szukając znajomych osób.
Szczęście jednak nie trwało długo, starsza królica zbiła maluszka uszkadzając mu nerw.
Rozpacz straszna. Byłam winna kalectwa malucha. Wezwałam lekarza. Po 21.00 przybiegł Pan Andrzej, malec nie mógł
ruszać tylnymi łapkami. Nasz wet dał kilka zastrzyków maleństwu, lecz nie dawał szans na przeżycie. A jednak
maluszek trzymał się dzielnie. Nadal ufnie kręcił główką, jak tylko mnie widział. Ciągle go głaskałam, nosić na
rękach nie chciałam, bo bałam się, by nie zrobić mu większej krzywdy. Byłam przy nim cały czas. Na następny dzień,
po rozmowie z wetem, pojechałam na prześwietlenie. Okazało się, że kręgosłup nie jest uszkodzony i paraliż powinien
ustąpić. Tak też się stało, maluszek zaczął ruszać łapkami. Niestety, biegunka nie chciała ustąpić, była straszna.
Malec, oklejony odchodami, cierpiał. Razem z Tomkiem myliśmy malucha, suszyliśmy suszarką. Miał straszne odparzenia,
więc Tomek kupił zasypkę dla niemowląt. Króliczek ufał nam jak dziecko, pozwalał na wszystkie zabiegi i cierpliwie
je znosił. Następnego dnia, po południu, kiedy przyszłam ze szkoły, zauważyłam, że Rumburaczek nie czuje się dobrze.
Opuchnięty brzuszek, jak balon, strasznie to wygldało, jakby rozsadzało moje królicze niemowlę. Maluch nadal do
mnie garnął, nie chciał jeść, pić, był niemrawy, nie miał siły utrzymać się na łapkach. Zrobiłam mu z sianka
podpórkę, ale nic to nie dało. Główka Rumburaczka zaczęła opadać. Straszne! Zadzwoniłam po Tomka, który pojawił
się natychmiast. Razem pojechaliśmy do weterynarza. Maluszek zawinięty w ręcznik, zupełnie nie miał siły. Życie
uciekało z niego na naszych oczach. Dusił się. Miał tak wielką wolę życia, że ostatnimi haustami chwytał powietrze,
odchylając główkę do tyłu. W pewnym momencie zaczął płakać, w jego krzyku słychać było strach, ból i bezradność,
nie miał siły dłużej walczyć z chorobą i zanim dojechaliśmy do lekarza, maluszek pokicał do Krainy Wiecznie
Zielonej Łąki.
Weterynarz stwierdził zgon, serduszko przestało bić, a maleństwo przestało się męczyć.
Jak się okazało, przyczyną śmierci były beztlenowce oraz zbyt młody wiek króliczka, który został odebrany matce.
Układ trawienny u tak młodego zwierzątka nie był przystosowany do króliczej karmy. Rumburaczek potrzebował mleka
królicy - matki oraz jej opieki. Niestety, nie było mu to dane. Musiał opuścić gniazdo, by być sprzedanym po jak
najwyższej cenie, póki jest mały i słodki.
Nikt na tym nie skorzystał, maluszek stracił życie, a sprzedawca nie zarobił. Wystarczyło
by maluch przy matce był jeszcze 4 tygodnie, a wszystko byłoby dobrze, zdrowy króliś i szczęśliwy jego przyszły
właściciel. Dziś już czeka za Tęczowym Mostem na inne ofiary ludzkiego okrucieństwa.
Bea i Tomek
skocz do góry
To moja historia
Co się stało? Gdzie jestem? Nie wiem. Coś liże mnie po głowie. Brr, jest mi zimno, a teraz
ciepło. Jak dobrze. Zjadłbym coś, co to? Coś różowego, ładnie pachnie - spróbuję. Mniam, smaczne.
Po 3 tygodniach dowiedziałem się, że lizała, karmiła, ogrzewała i opiekowała się mną moja
mama - króliczek miniaturka. Jaka ona kochana, uczy mnie tego, co każdy dobrze wychowany króliczek wiedzieć
powinien. Bo ja właśnie jestem króliczkiem i urodziłem się w hodowli królików.
Dziś jakieś wielkie poruszenie, mama zdenerwowana, przytula mnie do siebie mocniej niż
zwykle. Nagle, jakieś ręce zbliżają się do mnie i odciągają od mamy. Mama tupie i warczy, próbuje odgonić dłonie
ode mnie. A ja unoszę się, oddalam od gniazda, mama taka malutka na dole została. Nie chcę! Boję się, nie chcę!
Próbuję się wyrwać, ale jestem za malutki, by pokonać siłę tych rąk.
Nagle znalazłem się w pudełku, byłem ja i wiele innych króliczków w moim wieku. Jesteśmy
sami, więc tulimy się do siebie. Nie ma wody, sianko jakieś niesmaczne, brudne, a przede wszystkim, co najgorsze,
nie ma mamy. Jak smutno, źle. W pudle jesteśmy długo. Potem zostałem razem z resztą króliczków przełożony do
dużej klatki, znajdującej się w wielkim sklepie. Szukam mamy, może tu się schowała, pewnie bawi się ze mną w
chowanego.
To przestaje być śmieszne, chcę mleczka, jestem głodny. Mamo! Nie ma jej. Boli mnie
brzuszek, chyba jestem głodny, zjem sianko, może przestanie.
Niestety, już drugi dzień boli mnie brzuch i to zawsze kiedy jem. Chyba przestanę w ogóle
jeść i pić. Chcę wrócić do mamy, tęsknię za nią. Przy niej nigdy mnie nic nie bolało. Od wczoraj coś zaczęło
mi wypływać z noska i pyszczka. Już zupełnie nie mogę jeść, nie mam siły ruszać pysiem. Posiedzę w kąciku,
już mi wszystko jedno.
Dziś ktoś bardzo uważnie przyglądał mi się przez szybę wystawową. Potem pani pracująca w
sklepie wzięła mnie na ręce i oglądała. Ciekawe po co? Tak źle się czuję, a ona mnie trzyma i rozmawia z jakimiś
ludźmi. Chcą mnie wziąć ze sobą, pani nie chce oddać, mówi, że jestem chory, że mam biegunkę, że nie chcę jeść
i jestem osowiały, i w ogóle ona chorego nie może oddać. Małżeństwo przed ladą nie daje za wygraną, biorą mnie
ze sobą. Pani, później dowiedziałem się, że ma na imię Beata, wzięła mnie na ręce i przytuliła. Zrobiło mi się
ciepło, jakoś dobrze, przyjemnie, błogo.
Wsiedliśmy do samochodu i po kilku minutach znalazłem się w jakimś gabinecie. To
weterynarz. Czemu mi się tak przygląda? Kiwa głową, mówi, że nie przeżyję, że jestem za malutki, by żyć
samodzielnie, że mój brzuszek musi mieć mleko matki, a nie tylko siano i wodę, że powinienem być z mamą do
8 tygodni. Podoba mi się ten lekarz, mówi prawdę, ja chcę do mamy! Mamo, tak tęsknię do Ciebie.
Beata płacze, prosi, by wet coś zrobił. Dlaczego ona płacze? Nie wiem. Wiem jedno, boję
się, ale nie mam siły uciekać, siedzę na zimnym, śliskim stole. Oj, coś mnie zabolało, boli, boli. Nie krzyczę,
bo nie umiem, my króliczki nie krzyczymy, bo nasze mamy powtarzają, że nie wypada, że jesteśmy dzielne, więc ja
też znoszę ból bez płaczu.
Przyczyną bólu był zastrzyk, który dostałem. Beata uspokaja mnie, głaszcze i mówi, że
to dla mojego dobra, że będę się teraz czuł lepiej. Jak tak mówi, to znaczy, że tak będzie.
Po kilku minutach bierze mnie na ręce i jedziemy do domu. Tu zostałem włożony do pudełeczka, takiego wielkiego po
butach. Mam w nim sianko, wodę w miseczce, dobrze, że w miseczce, bo w sklepie do poidełka nigdy nie sięgałem,
za malutki byłem. Nie mam jednak ochoty na smakołyki. Czuję się źle, boli mnie brzuszek. Chcę do mamy! Zimno mi.
Beata czyta chyba w moich myślach, wkłada do pudełka słoik z gorącą wodą. Ciepło, czuję się prawie tak dobrze,
jak z mamą. Dziś chyba nawet pośpię i... zachciało mi się jeść.
Całą noc jadłem sianko i zielone kuleczki, mniam, dobre! Brzuszek już mniej boli. Czuję się
nawet dobrze. Beata i Tomek ciągle tulą mnie do siebie, głaszczą, jest mi dobrze. Ciągle jeżdżą ze mną na
zastrzyki, po których czuję się lepiej. Dziwne, weterynarz nie jest zadowolony z mojego stanu zdrowia. Beata
i Tomek nie rozumieją, ja zresztą też. Przecież czuję się dobrze.
Już piąty dzień jestem u Beaty i Tomka. Dziś czuję się znowu gorzej. Nikogo nie ma w
domu, są w pracy. Bardzo boli mnie brzuch, strasznie mi napuchł, twardy. Nie mam siły utrzymać się na nóżkach,
słabo mi, chyba mdleję. Przewróciłem się, nie mogę wstać, leżę na pleckach kilka godzin. W końcu jest Beata.
Podbiegła do mnie, bierze na ręce, mówi coś z troską, nie u?miecha się, jest smutna, ale mówi do mnie czule.
Beata płacze, dzwoni do Tomka. Dlaczego ona płacze? Dlaczego nie mogę do niej podejść? Główka mi opada,
brakuje mi sił i potwornie boli mnie brzuszek. Wychodzimy z domu, ja owinięty w ręczniczek, Beata cały czas
do mnie mówi, tuli, całuje. Jest mi dobrze, choć ból nie mija. O, jest Tomek, bardzo zdenerwowany. Jedziemy do
weterynarza.
Jakże źle się czuję, nie mogę oddychać, nie mogę oddychać, nie mogę... boli, boli!
Krzyczę. Jaki wstyd przynoszę Ci mamo, ale tak bardzo boli, że nie mogę się powstrzymać. Beata płacze, Tomek
powstrzymuje się od łez, jedziemy jak szaleni, boli, boli...
[*] [*] [*]
Już nic nie boli, nic nie czuję, gdzie jestem? Jaki śliczny Tęczowy Mostek, pokicam
tam. Beato, Tomku nie idziecie ze mną? Będę za wami tęsknił.
Rumburaczek
skocz do góry
Akcja sterylizaji i kastracji zwierząt
19 marca 2005 r. Stowarzyszenie Pomocy Królikom wspólnie ze Stowarzyszeniem Obrońców Zwierząt Arka
(www.arka.strefa.pl) ogłosiło Ogólnopolskim
Dniem Sterylizacji Zwierząt. Na postronie strony SPK poświęconej temu tematowi, można dowiedzieć się więcej
szczegółów:

skocz do góry
Akcja szczepień królików
Luty i marzec to miesiące, w których przeprowadza się szczepienia krolików na myksomatozę i pomór króliczy.
Zorganizowana akcja szczepień prowadzona była za sprawą Stowarzyszenia Pomocy Królikom przez lecznice weterynaryjne,
które w określonych terminach przyjmowały grupowo opiekunów wraz ze swoimi królikami na ten zabieg. Więcej o
akcji szczepień zorganizowanej w 2005 r. na łamach postrony strony SPK:

skocz do góry
Nie wychowuj dziecka kosztem zwierząt!
"Przywykliśmy do akwariów i klatek ze zwierzętami w pracowniach biologicznych naszych szkół, na korytarzach
i w szatniach przedszkoli, ale rzadko zastanawiamy się, po co w ogóle trzymać zwierzęta w szkołach i
przedszkolach, jaki jest los tych zwierząt..."
- takie oto są pierwsze zdania kolejnego apelu Stowarzyszenia
Pomocy Królikom, który ruszył wraz z rokiem szkolnym, we wrześniu 2005r. Jego głównym przesłaniem jest pokazanie,
że traktowanie zwierząt jako pomocy naukowych i przedmiotów dydaktycznych w szkołach, przedszkolach i
podobnych placówkach jest krzywdzące. Zapraszam do zapoznania się ze stroną poświęconą apelowi:
skocz do góry
Ostatnia aktualizacja tej podstrony: 01.09.2005 r.
|