WSPOMNIENIA O KRÓLIKACH, KTÓRE ODESZŁY
Tęczowy Most
Dokładnie ta strona Nieba jest zwana Tęczowym Mostem. Kiedy zwierzę umiera, udaje się w to
specjalne miejsce, które dla nas pozostających tutaj jest niedostępne. Są tam łąki i wzgórza dla wszystkich naszych
Wyjątkowych Przyjaciół więc mogą razem bawić się i biegać. Jest mnóstwo jedzenia, wody i słońca nasi Przyjaciele
żyją w cieple i dostatku. Wszystkim zwierzętom, które były chore i stare zostaje przywrócone zdrowie i wigor;
ranne i okaleczone zostają uzdrowione i są znowu silne, dokładnie takie jakie pozostały w naszych wspomnieniach i
snach z dni minionych. Są tam szczęśliwe i zadowolone z wyjątkiem jednej, małej rzeczy: każde z nich tęskni za
kimś wyjątkowym, za kimś kto pozostał. Razem bawią się i biegają, ale przychodzi taki dzień, kiedy jedno z nich
nagle zatrzymuje się i spogląda w dal. Jego błyszczące oczy patrzą uważnie; jego ciało zaczyna drżeć. Raptem
oddziela się od innych, leci przez zieloną trawę, szybciej i szybciej. Poznał Cię! I kiedy Ty i Twój Przyjaciel
wreszcie się spotkaliście, przytulacie się do siebie w radości ponownego połączenia nigdy nie będziecie rozdzieleni.
Deszcz szczęśliwych pocałunków na Twojej twarzy, ręce tulą ukochaną głowę, znów patrzysz w te ufne oczy, które tak
dawno odeszły z Twojego życia, ale na zawsze pozostały w sercu... Razem przechodzicie przez Tęczowy Most...
autor nieznany
 |
 |
 |
 |
TRUNIO 1

Był to nasz pierwszy ukochany króliczek. Kupiłem go we wrześniu 1994 roku, był ogromnie przywiązany do ludzi,
potrafił godzinami siedzieć na kolanach i pozwalał się głaskać. Jedyną jego wadą była nadzwyczajna umiejętność
przecinania różnego rodzaju przewodów elektrycznych. W pierwszą noc po zakupie wyszedł z kuchni i w pokoju córki
wyłączył telefon. Od tego momentu próbowałem zabezpieczyć każdy kabelek, lecz pod względem pomysłowości był
niezrównany. W czasie rozmowy żony przez telefon, wyskoczył na łóżko koło niej i jednym ciachnięciem odgryzł
kabel łączący słuchawkę z aparatem. Był to przyjaciel, który wyjeżdżał z nami do Myślenic nad Rabę bez klatki,
siedział koło nas na kocu lub pod samochodem, wzbudzał swoją osobą zainteresowanie dzieciaków. Właściwie to
zachowywał się tak jak u siebie w pokoju, bez najmniejszego strachu. Nie wykazywał żadnego zainteresowania
otoczeniem, przebywał zawsze tylko koło nas. Tak samo było na wczasach w Gródku nad Dunajcem, w ośrodku w
którym było 34 domki, on siedział koło naszego i nie odchodził wiecej niż 10 m. Z myślą o nim szukaliśmy pod
Krakowem działki. Był na niej kilka razy w 95 roku, chodził, podjadał trawkę, aż nagle 25.X.1995 roku o godz 11
zmarł na kolanach najmłodszej córki. Wychodząc rano do pracy jeszcze go głaskałem, polizał mnie po nosie...
Czyżby przeczuwał swoją śmierć i był to jego ostatni pocałunek? Dla całej mojej rodziny był to straszny wypadek,
przeżyliśmy to bardzo mocno. Pochowałem go przed moimi oknami pod zasadzonym świerkiem, wychodząc na balkon mam
przed sobą już dziś drzewo wysokie na 3 metry i przed oczami mam zaraz jego czarną sympatyczna mordkę. Po półtora
miesiąca kupiłem czterotygodniowego, następnego króliczka. To Trunio nr 2, w maju 2003 roku minęło mu 7,5 roku
życia. Pamiętamy zawsze naszego Trunia, obecny futrzak przypomina nam swoją obecnością poprzednika.
KazioR - www.kazior5.com
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
ANEGODKA

Od dawna marzyłam o króliczku, aż w zimowy wieczór, tydzień przed Bożym Narodzeniem 2001, moje marzenie spełniło
się. Kiedy zobaczyłam w kartonie tę małą, puchatą, biało-czarną kuleczkę, od razu się w niej zakochałam. Tę kuleczkę
nazwałam niespotykanym imieniem Anegodka. Anegodzia była małym, lecz towarzyskim króliczkiem. Już od pierwszego dnia
lizała mnie po rękach. W tym dniu polubiła też siadać mi na plecach, co zostało jej do końca. Anegodzia nie
sprawiała żadnego problemu, nie gryzła, była dobrze wychowana. Nasze szczęście trwało niestety krótko. W niedzielę
rano 6 stycznia 2002 Anegodzia leżała w swoim domku i nie ruszała się. Pojechała do weta, który stwierdził, "że
nie wie co jej jest ale da jej zastrzyk". Po powrocie zawinęłam ją w ręcznik i siedziłam nad nią płacząc. Po 2
godzinach umarła na moich rękach...
Ten króliczek nie zasłużył na taki koniec, zawsze będzie zajmował specjalne miejsce w moim sercu - obok Lionki.
Niestety zginął tak nagle i niespodziewanie, że nie zdążyłam nawet zrobić jej zdjęcia.
Marta
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
HRABINEK

Hrabinek był pierwszym zwierzątkiem, które zawitało w naszym domu. Przybył do nas 13 maja 2003r. w wieku 3
miesięcy. Taka mała, ruda, kochana kuleczka z białym ogonkiem i kilkoma ciemnymi pręgami na futerku... Pokochałam
tego małego uchatka od pierwszego spojrzenia... Według początkowych zapewnień weterynarza miała to być
dziewczynka-Hrabinka, dopiero 2 miesiące później okazał się chłopczykiem. Dość szybko zaczął reagować na
imię, ale jedynie, gdy ja go wołałam, męża ignorował. Byłam wzruszona, że króliczek jest bardziej przywiązany
do mnie niż do męża... Gdy nie wiedzieliśmy, gdzie się schował, po prostu wołałam go po imieniu i po chwili był
już przy mnie. Powoli zaznajamiał się z domem. Przerażały go parkiety i kafelki, ale z czasem nauczył się po tym
kicać. Lubił zaglądać do kosza na śmieci, a jeśli go nie upilnowaliśmy, wyciągał stamtąd swoje przysmaki typu
skórka od arbuza lub cukini :). Był niezwykle grzeczny - nauczył się siusiać w wyznaczonych miejscach (wpadki
zdarzały się, ale niezbyt często), niczego nie gryzł ani nie drapał, kable dla niego nie istniały. Miał swoje
własne 2-pokojowe mieszkanko do dyspozycji, czyli połączone 2 klatki, ale był tam zamykany tylko na noc lub gdy
wychodziliśmy. W ciągu dnia leżał zazwyczaj wyciągnięty pod stołem kuchennym albo za kolumnami w pokoju, a gdy
wychodziłam z pomieszczenia, kicał za mną. Takie to było słodkie! I tak mi tego brakuje... Lizał mnie po rękach,
gdy go głaskałam i chodził po mnie, gdy leżałam przy nim na podłodze... Bardzo lubił zaglądać do otwartej lodówki,
przeszkadzał w zamykaniu i trzeba go było odsuwać, bo mały, śliczny nosek wwąchiwał się zapamiętale w zapachy :).
Tak bardzo żałuję, że mam tak mało zdjęć swojego króliczka... Zaledwie kilkanaście... Ale nikt się nie spodziewał,
że dane nam będzie cieszyć się króliczkiem tylko 3 miesiące... Tego dnia rano wyjeżdżałam na kilka dni, wygłaskałam
Hrabinka, a on odwzajemniał się liżąc mnie po twarzy... Odszedł nagle, późno wieczorem, bez żadnych wcześniejszych
objawów, a mnie przy nim nie było!
Hrabinka dała nam wiele radości i miłości, ma swoje miejsce w naszych sercach na zawsze...
Komi
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
ISIA DŻEKUŚ KUBUŚ

Chciałabym wspomnieć moje kochane zwierzaki, które już na zawsze ode mnie odeszły... Moja królisia Isia, bo
tak na nią wołałam, odeszła w 2002r, tuż po Wielkanocy. Tak naprawdę miała na imię Werka, dostałam ją od ludzi,
którzy chcieli się jej pozbyć ponieważ ich dziecko miało alergię. Kiedy ją dostałam Isia miała 1,5 roku, odeszła
pół roku później... była naprawdę niezwykła, godzinami potrafiła siedzieć obok mnie, oglądając razem ze mną
telewizor, uwielbiała pieszczoty, ale na ręce nie wchodziała... kabelki w ogóle ją nie interesowały, za to
uparcie robiła sobie toaletę za moim łóżkiem, wskakiwała na wyrko i siusiała, taka była... Bardzo mi jej
brakuje. Później miałam nieznośnego szczuraska, ale odszedł w grudniu 2003r, tuż przed Sylwestrem. Brakuje mi
wszystkich moich zwierzątek, a najbardziej mojego piesia, z którym dorastałam... Dżekuś odszedł ode mnie w
sierpniu 2003r w pięknym wieku 18 lat. Mam nadzieję, że teraz cała trójka jest szczęśliwa po drugiej stronie
tęczowego mostu... Isia, Dżekuś i Kubuś - już na zawsze pozostaniecie w mej pamięci...
Ela
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
FUTERKO

Futerko była moim pierwszym króliczkiem. Kiedy ją kupiliśmy była już dorosła i miała ok. 1,5 roku. Była naprawdę
kochana. Załatwiała się wyłącznie w klatce. Była bardzo dobrze wychowanym króliczkiem, chociaż nie dawała się brać
na ręce, ponieważ jako mały króliczek nie była do tego przyzwyczajona w sklepie. Jej całym światem był mój pokój.
Kiedy przychodziłam ze szkoły zawsze kicała do rogu dywanu żeby mnie przywitać swoim ciepłym języczkiem. Teraz,
gdy o tym wszystkim piszę, przypomina mi się ten piękny czas, kiedy jeszcze była z nami. Pewnego dnia, cały czas
aż do wieczora, była bardzo niespokojna i unikała wszelkich kontaktów dotykowych z nami. Nic jednak nie zapowidało
tego co stało się rano... kiedy usłyszałam rano jakieś dziwne szepty rodziców, czułam że coś jest nie tak i miałam
rację. Po niedługim czasie tata przyszedł do mnie i powiedział z wielkim smutkiem w słowach: - Monika... nasza
Futrunia odeszła... Wtedy we mnie zawrzało. Pobiegłam do pokoju w którym stała klatka i zobaczyłam Ją wyciągnięta
i zdrętwiałą na dnie klatki. Serce o mały włos by mi pękło i rozpłakałam się dosłownie jak małe dziecko.
Wyciągnełam ją, znalazłam jakieś pudło, wyscieliłam je jej ulubionym czerwonym dywanikiem (który widać na zdjęciu).
Włożyłam także jej ulubioną, pluszową piłeczkę. Potem zadzwoniłam po koleżankę i razem poszłyśmy ja pochować na
piękną o tej porze roku polankę. Wykopałam jej miały grobik, włożyłam małą trumienkę... Pochowałam mojego króliczka.
Dzisiaj mijają już 2 lata od tego darzenia, a ja cały czas nie mogę się z tym pogodzić i zadaję sobie pytanie: -
Dlaczego akurat ona?
FUTERKO ZAPADKA
Zm. 30 czerwca 2002r.
Miała 7 lat. (*)[*](*)
Monika
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
SZARUŚ i CZARUŚ

Piszę ten list i jest mi ogromnie smutno. Króliczek, o którym piszę, urodził się 29.04.2004 r. i miał przy tym 4
rodzeństwa. Był on śliczny, miał szarą sierść. Niestety żył tylko tydzień... 1 tydzień, czyli tylko 7 dni a to jest
168 godzin... Rano, jak wstałem, poszedłem do nich, i już wtedy było coś nie w porządku. Matka zostawiła go a inne
młode przeniosła. Już wtedy myślałem, że coś jest nie tak. A ja głupi, zamiast od razu zostać w domu i nie pójśc
do budy, tylko się nim zająć, poszedłem :-(. Jak wróciłem, to jeszcze żył. Zająłem się nim, ale to też nic nie
pomogło. Gdy wyszedłem na godzinę ze swoją Mamą i wróciłem - on już nie żył. Umarł 05.05.2004 r. Nawet nie
zdążyłem mu zrobić zdjęcia i jest mi smutno. Tylko wykopałem dołek, włożyłem zielonej trawki, połozyłem go tam
i przykryłem też trawką. Gdy to robiłem, rozbeczałem się jak małe dziecko i to dosłownie ;-( Nie wierzyłem w to,
no bo przecież był taki młody. Więc położyłem 3 kamienie i posadziłem trochę niezapominajek, żebym o nim pamiętał.
A na pewno o tym będe pamietał... A jego Matka odrzucała go jakby już wiedziała co się stanie... A ja tego nie
zauważyłem. Jak ja jestem głupi, jakim głupolem jestem...
Żegnaj Szarusiu. Mam nadzieję, że Ci dobrze w raju zwierzątek, kiedyś Cię tam spotkam... taką mam nadzieję.
Będziemy o Tobie pamietać. Nawet Mama i Tata.
Dzień po śmierci 1 króliczka (czyli 06.05.2004r) umarł drugi. Nazywał się Czaruś, był cały czarniutki. Żył On
8 dni... Pochowałem go obok jego braciszka lub siostrzyczki. Będzie im w raju zwierzatek na pewno dobrze, w
końcu bedą się znali. Nawet nie zdążył otworzyć oczek... ale może to i dobrze, że nie widział tego okrutnego
świata. Będe o tobie pamiętał. ZAWSZE, JEŚLI TO SŁYSZYSZ W RAJU!!! Trzy króliczki które przeżyły oddałem do
Sklepu Zoologicznego i też mi smutno dziś ;-( z tego powodu (a dziś jest 29.05.2004r)... a ta pani co je brała
do sklepu śmiała się ze mnie, że daje im w główkę ostatnie buzi... no chyba, że kiedyś jeszcze do mnie trafią...
Bede o was pamiętał... Ja Tata i Mama.
Amadeusz
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
ŚLEPACZEK

Któregoś dnia wyczytałam w internecie, że poszukiwali kogoś, kto mógłby się zaopiekować na tydzień niewidomym
królikiem. Pomyślałam sobie, że pomogę, dlaczego by nie. Umówiłam się z opiekunami-panem Sylwestrem i jego żona,
że przyjdę do nich do domu odebrać króliczka. Tam poznałam calą jego historie. Okazało się, że króliczek mieszkał
przez 9 miesięcy w pustym domu sam. Raz na jakiś czas przynoszono mu jedzenie i wodę. Siedział sam w malutkiej
klatce, prawdopodobnie nie był wypuszczany, aby mógł sobie pobiegać. Któregoś dnia właściciele domu poprosili
swoją sąsiadkę, aby miała na oku ich dom, ponieważ oni wyjeżdżają. Dali jej klucze, nie wspominając słowem, że
w domu jest królik. Sąsiadka weszła do domu i gdy zobaczyła, że w klatce siedzi nadzwyczaj zabiedzony króliczek,
postanowiła go natychmiast zabrać i dać swoim znajomym, którzy już mieli jednego królika, a zatem wiedzieli jak
się maluchem zaopiekować. Nowi właściciele okazali się wspaniali. Państwo opowiadali o maluszku z wielka troska
i miłością. Dali mi dla niego całą wyprawkę. Króliczek miał swoja miseczkę, ręczniczki, specjalne majtki. Pan
odprowadził nas do samochodu i zauważyłam, że łza mu się w oku zakręciła. Widać było jak bardzo jest mu przykro
rozstawać się z małym przyjacielem. A ja już wtedy wiedziałam, że Ślepaczek zostanie ze mną, że nie oddam go
nikomu. Przyjechaliśmy do domu. Urządziłam maluszkowi jego kącik. Mały był przez pierwsze 3 dni bardzo
przestraszony. Siedział tylko u mnie na kolanach, sam z kuwetki nie wychodził, pomimo że nie był zamknięty w
klatce. Na szczęście mam możliwość nietrzymania swoich królików w klatkach. Mogą sobie swobodnie biegać po
pokoju. Maluszek powoli się przyzwyczajał do nowego otoczenia. Jak na całkowicie niewidomego królika radził
sobie świetnie. Pojechaliśmy do weterynarza na ogólna kontrole. Pani doktor oczom nie wierzyła. Powiedziała, że
królik jest strasznie zabiedzony. Pani doktor przepisała antybiotyk na ropnie, które zrobiły mu się na nóżkach.
Codziennie robiliśmy Slepaczkowi opatrunki, co 3 godziny zakralaliśmy kropelki do oczu, bo jego rogówka była bardzo
wysuszona. Przez 2 tygodnie prawie całe dnie zajmowałam się maluszkiem. Slepaczek miał do swojej dyspozycji 50m2.
Znał ustawienie mebli na pamięć, więc biegał sobie zupełnie swobodnie. Nikt by nie powiedział, że królik był
niewidomy. Tylko bielmo na oczach zdradzało jego ślepotę.
Niestety przedwczoraj Ślepaczek zmarł. Gdy przyszłam do domu, od razu zobaczyłam, że się źle czuje. Pojechaliśmy
do weterynarza. Pani doktor powiedziała, że prawdopodobnie Ślepaczek ma otłuszczoną wątrobę z powodu niewłwaściwego
karmienia go przez pierwszych jego właścicieli. Bardzo bolał go brzuszek, temperatura ciała spadła do 35 stopni.
Dano mu 10% szansy na przeżycie do rana. Całą noc spędziliśmy czuwając przy Nim i grzejąc go poduszką elektryczną.
Wtulał się we mnie co jakiś czas, a ja wiedziałam, że to nasze ostatnie chwile. Nie było żadnej poprawy, wręcz
przeciwnie - bylo coraz gorzej. Myślałam, że uda mu sie odejść samemu. Niestety trzeba było mu pomóc, podając
środek usypiający. Nie chciałam by dłużej cierpiał. Strasznie za Nim tęsknię. Przez te kilka miesięcy bardzo się
do niego przyzwyczaiłam i nie myślałam, że aż tak przeżyję Jego odejście. Pomimo, iż mam jeszcze jednego królika
to pustka po Ślepaczku jest nie do zapełnienia. Bardzo cierpię po Jego odejściu i cały czas mam przed oczami
moment jak idziemy ostatni raz do weterynarza ze Ślepaczkiem opatulonym w błękitny ręczniczek...
zuzia
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
KICUŚ

Kicuś był naszym pierwszym króliczkiem. Pojawił się w domu na początku czerwca 2004 r. Był bardzo sympatycznym i
towarzyskim zwierzątkiem. Kicał po całym mieszkaniu, bardzo lubił penetrować wszelkie zakamarki. Szczególnie
upodobał sobie wchodzenie za kanapę narożną skąd trudno go było wydostać.
Niestety, w połowie września zaczął chorować. Bardzo zdrapał sobie pyszczek i lekarz stwierdził, iż jest to na
podłożu alergicznym. Kicuś dostał serię zastrzyków przeciwalergicznych po których przestał jeść. Osłabł do tego
stopnia, że aż się przewracał . Po kilku kroplówkach jego stan jednak poprawił się. Zaczął jeść, nabrał sił -
myślałem, że już wszystko będzie w porządku. Niestety, po pewnym czasie znów nastąpiło pogorszenie. Kolejne
wizyty u weterynarza przynosiły tylko krótkotrwały efekt. Zacząłem wątpić w kompetencje lekarzy, którzy leczyli
Kicusia i udałem się do innej kliniki. Tam zrobiono króliczkowi badanie krwi, które wykazało uszkodzenie trzustki.
Lekarz przepisał Kicusiowi lekarstwo i na drugi dzień miałem się zgłosić na dalsze zabiegi. Kicuś słabł już jednak
coraz bardziej. Gdy na drugi dzień przyjechaliśmy ponownie, króliczek został od razu podłączony do kroplówki, ale
było już za późno. Zwierzątko zmarło na moich rękach.
Kicuś odszedł 1 listopada 2004 r. ok. godz. 15.00. Ten smutny dzień w którym wspominamy naszych bliskich, których
nie ma już wśród nas stał się o wiele bardziej smutny, ponieważ pożegnaliśmy przyjaciela.
Śpij spokojnie Kicusiu
Tomek
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
FLUFFY

Fluffy odszedł od nas wczoraj, 30.03.2005. Był z nami 3 miesiące. I te 3 msce walczył... Walczył o życie. Pragnął
żyć. Czuł się kochany, był szczęśliwy. Gdy chodzę teraz po mieszkaniu, a wspomnienia są tak świeże, przypomina mi
się... jak pierwszy raz wszedł pod biurko, lodówkę, wannę. Gdy byliśmy sami, tylko we dwoje, mówiłam do niego. A
on, gdy ja wieczorami gotowałam przychodził i "gotował" ze mną. Nie ostępował mnie na krok. Gdy szłam się kąpać
szukał mnie po całym mieszkaniu. W końcu siadał pod drzwiami od łazienki i czekał. Biegał za mną, gdy chciał
Gerberka ze strzykawki. Wtedy wskakiwał na ściereczkę, którą mu dawałam, żeby nogi na panelach się nie rozjeżdżały
i jadł... nie daj Boże ubrudził futerko, to przestawał jeść i się czyścił...
Mój kochany Fluffy. Miałam tyle nadzieji, tak bardzo się staraliśmy i chcieliśmy żeby był zdrowy. I on nam
nadzieję dawał. Mimo choroby był wesoły, skoczny, miał apetyt. Jego ciekawość nie znała granic... Uwielbiał być
czesany szczotką. Zawsze nastawiał pyszczek i siedział grzecznie jak u fryzjera... Wspomnienia są przyjemne, ale
bardzo bardzo bolesne. Odszedł nagle. W domu, wtulony we mnie jak dziecko. Do końca go głaskałam i mówiłam do niego.
Został pochowany na cmentarzu dla zwierząt, ma własny pomniczek.
Nigdy go nie zapomnimy...
Nasz najukochańszy Fluffy
|
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
 |
MIŚ

Punktualnie o północy, z 22 na 23 czerwca 2005 roku usnął Miś. Miał prawie 7 lat i właściwie przez całe swoje życie
chorował. To, że udało się nam utrzymać go w dobrej kondycji do takiego wieku jest dla mnie dużym pocieszeniem. Miś
był króliczkiem adoptowanym, mieszkał z nami ponad 3 lata i ogromnie dał się pokochać. Jego łagodna natura, sposób
bycia i to jak traktował nas - ludzi, było wyjątkowym przeżyciem - na pewno nie do zapomnienia... To był jedyny
królik jakiego znałam o tak "rozmownym" charakterze. Tak, tak - z Misiem można było sobie pogadać. Witał mnie co
rano głośnym bzyczeniem, gdy wychodząc z sypialni spotykaliśmy się w pokoju. Przeciągał się i ziewając już coś do
mnie mówił :-) Potem biegł do przedpokoju razem ze mną - tam miał swoją jadalnię i wiedział, że zaraz będzie
śniadanie. Jadł w wyjątkowy sposób - w zasadzie cała czynność była taką misiową ceremonią: siadał przed napełnioną
miską, brał ją precyzyjnie w zęby za sam brzeg i przysuwał sobie tak, jak człowiek przysuwa talerz. Potem kosztował...
zajadał, wzdychał sobie przy tym - pewnie myślał "no, no... całkiem niezłe danie..." a może coś innego. Pięknie było
na niego patrzeć. Ceremonie misiowe były dostrzegalne w każdej dziedzinie jego życia. Korzystanie z kuwety, układanie
się do snu - wszystko to miało niepowtarzalny urok, jakiego pewnie już nie doświadczę... bo każdy królik jest inny.
Bardzo mi żal, że musiał odejść w chorobie... i mam nadzieję, że Tęczowy Most jednak istnieje.
Śpij spokojnie Misiaczku
Ziabak
|
 |
 |
 |
 |
Ostatnia aktualizacja tej podstrony: 31.12.2005 r.
|